Yesteryear

Vogue o “Yesteryear” napisał: „szalona, brawurowa, błyskotliwie napisana”. I to jest jak najbardziej prawda. Żeby jednak książka była na ustach wszystkich, potrzeba czegoś więcej niż odważnej fabuły i lekkiego pióra. Caro Claire Burke to dała: miała pomysł na wielowarstwową, wieloznaczną fabułę, która podrażni każdą grupę społeczną i każe na chwilę zastanowić się nad porządkiem świata.
Natalie na Instagramie ma miliony followersów. Jest tradycyjną żoną i gorliwą chrześcijanką, ma piątkę dzieci (szóste w drodze) i męża farmera. Na obrazku to kobieta spełniona w roli żony i matki. Pewnego dnia budzi się na swojej farmie, ale przeniesionej o kilka stuleci wstecz, i musi odnaleźć się w życiu prawdziwych pionierów.
Za pomocą skrajnie antypatycznej Natalie autorka bierze na tapet role, jakie kobiety przyjmują na siebie. Uderza w feministki, które dążyły do tego, by pracować jak mężczyźni, a kiedy to osiągnęły, są nieszczęśliwe. A także w tradycyjne żony, które mentalnie nie potrafią przeskoczyć 200 lat walki o niezależność, by stać się w pełni podległe mężom i odnaleźć w tym spełnienie.
Caro Claire Burke pokazuje też świat mediów społecznościowych i niezwykle trafnie diagnozuje jego problemy. Wyciąga to, o czym wszyscy wiemy: to, co widzimy w obrazku, jest tylko tym, co ktoś chce pokazać. A życie „nie swoim” życiem ma swoje konsekwencje.
Książka składa się z przeplatających się linii czasowych: Natalie w “czasach pionierów” oraz Natalie w młodości, w drodze do sławy. Dzięki tym przeskokom dowiadujemy się, jak kształtowała się obecna Natalie i co miało największy wpływ na stworzenie jej instagramowej wersji.
Postacie są świetnie napisane. Natalie trudno polubić ale jeszcze trudniej przestać obserwować. To jedna z najbardziej antypatycznych i wyrazistych bohaterek literackich, jakie spotkałam w swoim czytelniczym życiu. Jej mama powiedziałaby, że największy problem Natalie polega na tym, że „nie jest miła”. A dziewczynki, jak nie od dziś wiadomo, miłe być powinny. I koniec. I Natalie się stara. Uśmiech jak tapeta przyklejona do twarzy, a w głowie gonitwa niecenzuralnych myśli.
W powieści tworzy siebie i swoje „ciastolinowe” życie, ugniatając je tak, by wpasować się w oczekiwania odbiorców: dać ukojenie tradwives i rozsierdzić „wrzeszczące baby”. Całość przypomina „Truman Show”, z tą różnicą, że Truman jest tu twórcą swojego świata.
Przez długi czas nie wszystko było dla mnie jasne, ale im głębiej wchodzimy do króliczej nory, tym lepiej rozumiemy, co się właściwie dzieje. Plot twist z drugiej połowy książki każe zrewidować każdą myśl, która zakorzeniła się w głowie podczas lektury.
Ciężar historii przenosi się gdzie indziej. Oprócz szokowania i uwierania zaczyna autentycznie boleć. To mroczna satyra, ale też dramat kobiety, która nie potrafiła wpasować się w rolę, jaką sama dla siebie wymyśliła.
Co mi nie pasowało?
Jedna rzecz bardzo mi się nie podobała. Natalie jest religijną fanatyczką i w niektórych jej rozważaniach o Bogu autorka przekracza granicę dobrego smaku. Dla osoby wierzącej te fragmenty są trudne w czytaniu. Jasne, wiem, że rodzą się w specyficznym umyśle i że to fundament tej postaci. Mnie jednak męczyły. Być może to przesyt: w miesiąc przeczytałam trzy powieści o podobnym wydźwięku, w których chrześcijan przedstawiono jako starotestamentowych fanatyków i hipokrytów.
Cieszę się jednak, że tą książkę skończyłam, bo zakończenie zmienia odbiór całej historii.
Czy ją polecam?
-Tak!
Czy Wam się spodoba?
-Nie mam pojęcia.
Wiem na pewno, że jeśli ją przeczytacie, jeszcze długo będziemy mieli o czym rozmawiać. :)
Moja ocena: 7,5/10 (Tutaj 8/10 przez brak połówek;)
Odejmuję pół gwiazdki za religijny kontekst.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa