Tysiąc odcieni błękitu

Cheon Seon-ran w swojej najnowszej powieści “Tysiąc odcieni błękitu” zabiera nas do roku 2035. Dokładniej do domu trzech kobiet: matki i dwóch córek, w których życiu pojawia się Coli. To robot-dżokej uratowany ze złomu, który przez błąd w produkcji zyskał chip pozwalający mu myśleć i uczyć się świata. To właśnie on, staje się impulsem do zmian w tej rodzinie. Łączy ich wspólny cel: próba ocalenia klaczy Today, która nie może już biegać i czeka na uśpienie.
To, co zawsze urzeka mnie w literaturze azjatyckiej, to zupełnie inny sposób pokazywania relacji i okazywania uczuć. Z naszej europejskiej perspektywy więzi te mogą wydawać się surowe czy chłodne. Emocje z kolei ukazywane są zbyt gwałtwonie. W rodzinie Yeon-jae panuje właśnie taka atmosfera, zapracowana, nieobecna matka, niepełnosprawna siostra i dziewczyna, która wszystko dusi w sobie. Żyją obok siebie, a nie ze sobą. Dopiero pojawienie się robota zaczyna burzyć mury stawiane latami.
Coli staje się dla bohaterek kimś, kogo potrzebowały, by zobaczyć siebie w nowym świetle. By w końcu ze sobą porozmawiać. By się zatrzymać i odkryć, co jest naprawdę ważne.
Piękna to była historia.
Jak pisze autorka, powieść ta powstała z jednej notatki w telefonie: „Wszyscy musimy nauczyć się biec wolniej”. I to czuć na każdej stronie. To manifest życia slow.
Autorka celnie punktuje nasz pęd ku nowoczesności i pyta: co z tymi, którzy nie nadążają? Z tym co się psuje? Co z naszą planetą? Wszyscy pędzimy, ale co jest naszym celem?
W tej krótkiej, wydawałoby się prostej historii jest tak dużo symboliki i przemyśleń tak ważnych dla nas dzisiaj.
To książka o przyszłości i o tym jak może ona wyglądać, jeżeli nie zaczniemy zwalniać.
Autorka, posługując się postacią robota, pyta nas, co właściwie znaczy być człowiekiem i w czym to człowieczeństwo najpełniej się objawia. Czy w tym, jak szybko i skutecznie podporządkowujemy sobie świat? Czy raczej w tym, że wciąż potrafimy się nim zachwycić i dostrzec na niebie tytułowe tysiąc odcieni błękitu, a wokół nas ludzi potrzebujących pomocy?
Powtórzę: piękna to była historia.
Cheon Seon-ran zostawia nas z nadzieją, ale i ważnym przesłaniem. Być może każdy z nas powinien, wzorem autorki, zacząć ćwiczyć „wolniejszy chód”. Tak, by “nasze pędzące stopy nie zdeptały przechodzącej akurat mrówki”.
Bardzo polecam!
Książkę otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej.