Love story. Tak i na wspak.

Choć „Love Story tak i na wspak” to szósty tom uniwersum The Inheritance Games, tym razem cofamy się w czasie. I choć zazwyczaj bardzo liberalnie podchodzę do kolejności czytania serii, tutaj muszę postawić sprawę jasno: znajomość poprzednich części jest kluczowa. To właśnie tutaj poznajemy losy matki Avery oraz cały szereg wydarzeń, których zarys znaliśmy z głównej trylogii, ale które dopiero teraz nabierają pełnych barw.
W „Love Story tak i na wspak” głównymi bohaterami są Hannah i Toby. To, co od razu rzuca się w oczy, to ciekawy i uzasadniony fabularnie zabieg konstrukcyjny. Książka oferuje dwie perspektywy, ale nie znajdziecie ich w naprzemiennych rozdziałach. Gdy dojdziecie do końca historii Hannah, musicie... odwrócić książkę do góry nogami i zacząć od nowa, by poznać wersję Toby’ego. To nie tylko chwyt marketingowy– zabieg ten spina klamrą całą historię, obrazuje zamiłowanie Toby’ego do palindromów i uwypukla tytułowe „tak i na wspak”, które w powieści powtarzane jest niczym mantra.
Czytając powieści w pierwszej osobie, zawsze zastanawiam się, czy jestem w głowie bohatera, czy autora. Wiem, jak dziwnie to brzmi, ale w tej książce jednym z najmocniejszych punktów było dla mnie właśnie to, w jaki sposób Barnes poprowadziła narrację. Zmiana perspektyw nie polegała tu tylko na zmianie zaimków.
Autorka stworzyła dwa autentyczne, odmienne sposoby myślenia. Perspektywa Hannah jest spokojna, uważna i wyważona. To głos osoby szukającej stabilizacji, walczącej ze sobą i swoimi uczuciami. W jej głowie czułam się, jakbym weszła do pokoju, który znam i rozumiem. Z kolei perspektywa Toby’ego to czysty styl Hawthorne’ów. Jego umysł to labirynt pełen zagadek, szyfrów i pustych plam po amnezji. Zmiana rytmu narracji, sposobu postrzegania rzeczywistości i ujmowania jej w słowa była po prostu fascynująca.
Sama relacja tej dwójki niezwykle angażuje. Zaczyna się od nienawiści dziewczyny i zagubienia chłopaka, a ewoluuje w coś, co sprawia, że damskie serca biją szybciej. Toby to bohater typu „ahh” ;)- autorka doskonale wie, co chcemy usłyszeć, a on mówi (lub myśli) to w najbardziej „Hawthorne’owski” sposób.
Ale, ale... gdzie są jakieś „ale”? Spokojnie, są. Mimo świetnej zabawy muszę wspomnieć o dwóch minusach. Po pierwsze, czytanie o tym samym przedziale czasowym z dwóch stron momentami nuży powtarzalnością wydarzeń. Po drugie, zakończenia obu historii wydają się potraktowane nieco po macoszemu– są opisane skrótowo i z pewnymi logicznymi dziurami, które aż prosiły się o wyjaśnienie. Bardzo żałuję, że go zabrakło.
Podsumowanie
Czy warto? Zdecydowanie tak. Autorka nie zawodzi w tym, co potrafi najlepiej: tworzeniu logicznych zagadek wplecionych w emocjonalną fabułę.
Jeśli kochacie Hawthorne'ów, to pozycja obowiązkowa.
Książkę otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej.