In your dreams

W In Your Dreams autorka przybliża nam historię Madison – najbardziej nieprzewidywalnej z sióstr Walker. Dziewczyna wyjechała do Nowego Jorku, by spełnić marzenia o byciu szefową kuchni. Jednak nawiązane relacje i toksyczne środowisko kulinarne zostawiły w niej głębokie rany. W przypływie bezsilności, tuż po odebraniu dyplomu, przypadkowo dzwoni do przyjaciela z dzieciństwa, Jamesa Huxleya. Ten, impulsywnie i bez wahania, proponuje jej posadę szefa kuchni w restauracji, którą dopiero planuje otworzyć.
Jak oceniam ten powrót do Rome? Bawiłam się świetnie i pochłonęłam tę książkę w dwa dni. To, co cenię u Adams, to fakt, że w swoich prostych z założenia historiach stara się przemycać trudniejsze tematy. Tym razem na tapet wzięła traumę związaną z mobbingiem w świecie gastronomii oraz utratą pewności siebie. Autorka dotyka tych problemów z wyczuciem – balansuje na granicy i nie wchodzi w nie zbyt głęboko. Mimo że jest to z założenia lekki romans, wątek ten nie został potraktowany po macoszemu. Dobrze pokazano też proces odzyskiwania wiary we własny talent.
Jeżeli chodzi o relacje między głównymi bohaterami, to Sarah Adams potrafi budować napięcie dokładnie tak długo, żeby czytelnik nie czuł frustracji, ale jednocześnie cały czas pragnął „jeszcze jednego rozdziału”. Zgrabnie operuje też dynamiką dialogów: naturalnych i często zabawnych. Dzięki temu między Madison a Jamesem nieustannie iskrzy.
Jednak przy całej beczce miodu muszę wrzucić od siebie łyżkę dziegciu – odezwało się tu moje osobiste czytelnicze skrzywienie. Nie przepadam w romansach za motywem, w którym kobieta od samego początku jest stawiana przez mężczyznę na piedestale. Miłość Jamesa tliła się od lat (co autorka sygnalizowała już we wcześniejszych tomach) i rozumiem, że stanowi to fundament tej historii. Niemniej jednak jego postawa „wytresowanego labradora”, który jest na każde zawołanie dziewczyny, nie do końca przypadła mi do gustu. Po prostu wolę relacje, w których istnieje równowaga emocjonalna i poczucie, że obie strony muszą się trochę „spotkać pośrodku”. Choć James – podobnie jak inni faceci z tej serii – nosi zbroję „zajebistości”, zabrakło mi między bohaterami partnerskiego balansu. Oczywiście nie jest to obiektywna wada fabuły, a jedynie moja personalna preferencja ;).
Wątków w historii jest sporo, akcja nie zwalnia tempa i całość czyta się z zaciekawieniem. Plus pozostaje też przy samym miasteczku Rome i relacjach między bohaterami drugoplanowymi. Ten „serialowy”, małomiasteczkowy klimat sprawia, że do tych książek wraca się z przyjemnością. Choć ta część w moim odczuciu nie pobiła trzeciego tomu, wciąż pozostaje ciepłą, pełną humoru i satysfakcjonującą rozrywką. Jedyne, czego żałuję, to fakt, że to już koniec naszej przygody z mieszkańcami Rome.
Książkę otrzymałam w ramach wspołpracy recenzenckiej.