Co przyniesie jutro

Melissa da Costa w swojej najnowszej powieści „Co przyniesie jutro” zabiera nas do Francji. Po niewyobrażalnej tragedii, całkowicie złamana Amande wybiera izolację, zaszywając się w wynajętym wiejskim domu. Kluczowym momentem staje się odnalezienie starych kalendarzy poprzedniej właścicielki. Prozaiczne zapiski o sianiu warzyw czy robieniu przetworów zaczynają być dla Amande nieoczekiwaną inspiracją. To właśnie ta codzienność - prosta i bliska naturze jest jej pierwszym krokiem w stronę życia.
Autorka prowadzi narrację w dwóch liniach czasowych „przed” i „po” tragedii. Styl Da Costy jest melancholijny. Potrafi przedstawić pustkę po stracie bez zbędnego dramatyzmu, czyniąc to w sposób tak szczery i dotkliwy, że nie sposób pozostać obojętnym. Przyznam, że nie udało mi się powstrzymać łez.
To spokojna opowieść - gęsta od symboli i trafnych refleksji. Szczególne miejsce zajmuje w niej motyw ogrodu. Tak jak ziemia potrzebuje zimy, by odpocząć i nabrać sił, tak Amande potrzebuje czasu, by przeżyć swój ból i na nowo otworzyć się na świat oraz ludzi. Wraz z kolejnymi zmianami zachodzącymi w ogrodzie powoli kiełkuje w niej nadzieja.
To nie jest historia o nagłym uzdrowieniu ani spektakularnej przemianie. Każdy z bohaterów inaczej radzi sobie z bólem. Da Costa pokazuje żałobę jako proces bezterminowy, pełen momentów obezwładniającej pustki, w której jednak zawsze tli się iskra nadziei.
W mojej ocenie „Co przyniesie jutro” to bolesna, ale ostatecznie piękna podróż ku ponownemu odnalezieniu sensu życia.
Książkę otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej.